Aktualnie piszę | Drukuj |  Wyślij znajomemu

 

Syn złodziejki

Powieść dla młodzieży i dorosłych

Bohaterowie – Hirek, lat 15 i jego matka, powiązana ze światem przestępczym, a poza nimi wiele innych osób, dzięki którym dużo się dzieje. Na przykład Julek, który przyczepił się do Hirka jak rzep do psiego ogona. Marta, dziennikarka, do której z kolei przyczepił się Hirek. Jest dziewczyna na żółtym rowerze i stara Kosmowa, żona policjanta, i Boguś, nawrócony złodziej, który z Hirkiem ma wiele wspólnego.

Miejsce akcji
– głównie Łódź. Tu mieszka mama Hirka. Tutaj urodził się i spędził dziwne dzieciństwo główny bohater. Los zagnał go później do Anglii, ale opowieść zaczyna się w momencie, gdy chłopak wraca do swojego miasta. Po co? Do matki, która go nie chce. Czasami warto jednak spróbować wyjaśnić sobie to i owo. Szczególnie, gdy zbliżają się piętnaste urodziny, a przy takiej okazji chciałoby się coś zmienić. Gdy ma się matkę złodziejkę, chciałoby się zmienić wiele i Hirek przynajmniej chce spróbować. Ale czasami samym przyjazdem można narobić zamieszania. Szczególnie, gdy i matka ma plan i zaczyna go właśnie w tym momencie realizować.

Czas akcji – wczoraj, dzisiaj, jutro. Takie rzeczy po prostu się dzieją.


(fragment)

Patrzę na odbicie w wystawowej szybie i zastanawiam się, kim jest chłopak, który bezczelnie się na mnie gapi. Nosi dżinsy, bluzę z kapturem. Ma jasne włosy z grzywką opadającą na czoło. Nigdy nie pił, nigdy nie brał prochów, nawet nie próbował. Naprawdę! I nie dlatego, że jest grzecznym chłopcem. Po prostu te rzeczy go nie kręcą. Woli trzeźwo patrzeć na świat. Nigdy niczego nie ukradł. Słowo! A mimo to funkcjonuje w samym sercu przestępczego świata.  Kiedyś całkiem nieźle się uczył, ale od jakiegoś czasu nie robi nic, nawet nie chodzi do szkoły i nikogo to nie rusza. Za kilka dni kończy piętnaście lat.
Wiem o nim tyle, bo to ja
Wykrzywiłem się do swojego odbicia. Tamten odpowiedział tym samym.
Minęła mnie grupa dzieciaków z plecakami wypchanymi książkami i wszelkim szkolnym śmieciem. Odprowadziłem ich wzrokiem. Wlekli się noga za nogą, by maksymalnie wydłużyć drogę do szkoły. Trochę im zazdrościłem. Gdybym był jednym z nich, pewnie też szedłbym bez specjalnego entuzjazmu. Robiłbym smętne miny, ot tak, dla szpanu, choć w rzeczywistości biegłbym co sił. Jak to mówią, leciałbym na skrzydłach. Bardzo lubię szkołę. Wiem, co myślicie; że jestem nietypowy. No bo jestem. Zresztą nie tylko w tej kwestii.
Wróciłem myślami do wydarzeń sprzed paru dni. Jednego, czego żałuję, to testu z matmy. Szkoda, że na niego nie poszedłem. Mogłem przecież poczekać jeden głupi dzień. Mój nauczyciel, pan Keithon, był całkiem zadowolony z postępów, jakie robiłem, a ja liczyłem na dobry wynik. Zacząłem nawet powtarzać wzory, ale zjawił się Mike. Sam byłem sobie winien, bo mogłem zaszyć się z książką gdzieś na strychu albo w piwnicy, ale uznałem, że najlepszy do nauki będzie własny pokój. Ciemna masa ze mnie. Mike uwielbia przesiadywać w moim pokoju, więc mogłem się spodziewać, że w którymś momencie się zjawi.
No i proszę. Wlazł bez pukania.
-Co robisz? – spytał zaglądając mi przez ramię.
-Uczę się matmy.
-Szkoda czasu. Tego nie da się nauczyć. Totalna beznadzieja.
Ty jesteś totalna beznadzieja, miałem ochotę powiedzieć, ale trzymałem język za zębami, bo Mike ma szybkie pięści, a mnie nie chciało się teraz bić.
Zaczął grzebać w mojej szafce i wyciągnął majtki.
-Pożyczam - oznajmił.
Wzruszyłem ramionami, bo kłótnia i tak nic by nie dała. Mike bierze, na co ma ochotę, bo uważa, że wszystko w tym domu należy do niego, nie wyłączając moich gaci. W sumie ma rację. To syn moich opiekunów, więc jest u siebie, podczas gdy ja tylko tu mieszkam.
Tak naprawdę nie chodziło mu o majtki. Władował łapę w głąb szuflady i wyjął zdjęcia. Mam ich gruby stosik związany gumką. Kilka zrobiłem sam, a resztę po prostu wyciąłem z gazet. Nie myślcie, że to jakieś pornole. To zwykłe krajobrazy albo ludzie uchwyceni w codziennych sytuacjach. Lubię zdjęcia, lubię szczegóły, których normalnie się nie dostrzega, a widać je dopiero po zatrzymaniu kadru. Mike z jakiegoś powodu też je lubi. Zna wszystkie na pamięć, ale każdą wizytę w moim pokoju zaczyna od ich oglądania. Nie mam nic przeciwko temu. Fascynacja fotografią to najlepsza z jego cech. Poza tym jest głupi jak but z lewej nogi. Podejrzewam, że w ogóle nie ma mózgu, ale mieszkam w jego domu i muszę go znosić, więc nakręcanie się przeciw niemu, nie ma sensu.
-Co to jest? – spytał, wskazując jedną z fotek.
-Rysa na kamieniu – odpowiadam, nie zerkając nawet, o którą mu chodzi.
Zawsze pyta o to samo: co to jest, co to jest, co to jest? A ja za każdym razem wyjaśniam, że to rysa na kamieniu. Czasami dla urozmaicenia dodaję jakiś szczegół, na przykład, że to w Polsce, w Łodzi, mieście, w którym się urodziłem, że obok stoi wiadukt, pod którymi biegną stare tory kolejowe. Mike jednak podświadomie czuje, że to tylko nieistotne szczegóły, a zasadniczy sens sfotografowanego obiektu leży gdzie indziej, więc ciągle do tego wraca. Jest w tym obrazku coś, co go niepokoi. Ma rację i dlatego go lubię, mimo wszystkich jego wad.
W końcu znudziło mu się, ale zamiast zabrać majtki i wyjść, wytrącił mi książkę z ręki.
-Zostaw te głupoty i chodź pograć w piłkę.
Piłka dla Mika to cały świat. Ja wolę książki. Nawet taką do matmy.
Chciałem ją podnieść i wrócić do powtarzania wzorów, ale on był szybszy. Podbiegł, chwycił za okładkę i wyrzucił przez okno. Matma leciała przez chwilę, furkając kartkami i ostatecznie wylądowała w kałuży. W pierwszej sekundzie zagotowało się we mnie, ale złość trwała tylko moment. Aż się zdziwiłem, jak mało mnie to obeszło. Po krótkim namyśle wzruszyłem ramionami i poszedłem z nim na boisko. Nie mówiłem przecież, że nie umiem albo nie lubię grać w piłkę. Umiem i lubię, ale gdybym miał wybierać, to wolałbym w tym czasie nauczyć się czegoś. Od samego grania niczego człowiekowi nie przybywa. Ale jak nie mam wyboru, to nie popadam od razu w złość czy melancholię. Po prostu staram się dobrze bawić.
Graliśmy do wieczora. Dopiero w drodze powrotnej Mike dał mi paczkę. Właściwie paczuszkę. Wyciągnął ją z kieszeni, pogniecioną i zmaltretowaną.
-Miałem ci dać wcześniej, ale zapomniałem – powiedział niedbale, jakby była to rzecz bez znaczenia.
Wziąłem ją do ręki i poczułem, jak przenika przeze mnie prąd. Aż mną wstrząsnęło. Doznanie było krótkie i zaraz minęło. Zauważyłem, że paczka była otwierana i nieudolnie zaklejona. Zrobiłem pytającą minę, ale Mike wzruszył ramieniem, że nic na ten temat nie wie.
Wsunąłem ją do kieszeni.
-Nie zobaczysz, co jest w środku?- spytał.
-Wiem, co tam jest.
-No co?
-Klucz.
Skinął nieznacznie głową.
Nie mówiłem, że debil? Sam się przyznał, że zaglądał.
-Do czego ten klucz? – nie ustępował. Bardzo go to intrygowało.
-Do skarbu - szepnąłem.
Zrobił wielkie oczy. Pewnie żałował, że nie dorobił drugiego dla siebie. To go trochę rozzłościło, bo niby niechcący potknął się w przedpokoju i przygniótł mnie do ściany. Miało to być równocześnie ostrzeżenie przed robieniem przy dorosłych zadymy o otwartą paczkę. Odepchnąłem go i przygniotłem do drugiej ściany. Gdybym chciał, mógłbym wbić mu palce w podbrzusze i po sekundzie leżałby na ziemi z wytrzeszczonymi gałami. Boguś nauczył mnie takich technik, że nawet dwukrotnie cięższy przeciwnik będzie leżał i kwiczał, ale Mike nie był wart takich demonstracji. W sumie nie czułem do niego złości. Po prostu miałem go dość.
Puściłem go, a on sekundę później przywalił mi prosto w serce:
-Idę na nocną imprezę - szepnął. - Ciebie nie zaprosili, bo mówią, że ich dołujesz.
-Mam to gdzieś! - prychnąłem, ale tylko się oplułem.
Oczywiście, że było mi przykro. Nie miałem tu przyjaciół i nie zapowiadało się, że będę ich miał. Powinienem zmienić otoczenie i to szybko, bo inaczej zacznę pogrążać się w ponuractwie.
Dokładnie w tym momencie postanowiłem, że jadę do domu. Już teraz, zaraz, natychmiast, bo dłużej nie wytrzymam. I tak zresztą planowałem, że na urodziny wybiorę się do matki. To prezent, który sam sobie obiecałem. Ostatnio rzadko się widujemy. Właściwie w ogóle. A piętnastka to doskonała okazja, by wyjaśnić to i owo, może nawet zmienić coś między nami. Co prawda, do urodzin było jeszcze trochę czasu, ale uznałem, że nie chce mi się czekać. Myśl, że miałbym spędzić z Mike’m kolejny dzień, stała się nagle nie do zniesienia.
Jadę.
Decyzja zapadła.

                       
 
Home
O mnie
Moja twórczość
Galeria
Aktualnie piszę
Bajkopisarstwo
Opowiadania
Spotkania
Forum
© 2012 Grażyna Bąkiewicz
projekt i wykonanie strony: KDSGN