| Czytanie dodaje skrzydeł | | Drukuj | | Wyślij znajomemu |
|
Prezydent Łodzi p. Hanna Zdanowska czyta dzieciom moje opowiadanie o początkach łódzkiego lotniska, nazywanego popularnie Lublinkiem. ![]() A oto relacja ze spotkania zamieszczona w Aktualnościach Urzędu Miasta Łodzi. Jeden z terminali łódzkiego lotniska im. W. Reymonta zamienił się na kilka godzin w czytelnię. W roli lektora wystąpiła prezydent Łodzi Hanna Zdanowska, a publikę stanowiła grupa maluchów z Przedszkola nr 8. Sceneria portu lotniczego była doskonałym uzupełnieniem bajki pt. „Lublinek" , poświęconej historii łódzkiego lotniska. Publiczne czytanie miało także walor promocyjny - zaprezentowana przez panią prezydent bajka jest częścią książki pt. „Łódzkie czary-mary", zawierającej wiersze i opowiadania związane z Łodzią. Autorką opowiadań o lotnisku jest Grażyna Bąkiewicz. Książka dla „małych obywateli Łodzi" napisana została z uwzględnieniem dziecięcej wrażliwości i zupełnie innego postrzegania świata. Maluchy chętnie słuchały opowieści o podniebnych przestworzach i malowniczych opisów zmagań pierwszych lotników. Dla nich wszystkich jednak wizyta w łódzkim porcie była atrakcją samą w sobie. http://www.uml.lodz.pl/miasto/aktualnosci/?news=17774 A to zdjęcia z Lublinka, które znalazłam na stronie www.lublinek-emig.com/ ![]() ![]() ![]() Poniżej zamieszam tekst opowiadania, które czytała dzieciom pani Prezydent Łodzi. W „Do poczytania” znajdziecie inne moje opowiadania zamieszczone w książce „Łódzkie czary mary”. Lublinek(opowiadanie z ksiażki „Łódzkie czary mary”) 12 lipca 1914 roku po raz pierwszy nad Łodzią latał aeroplan, a w nim Alfons Poiree zwany ‘szalonym Francuzem’. -Panie pilocie, dziura w samolocie – wołały dzieci. Wojtek Matz przybiegł tu aż z Kilińskiego. No, może nie całkiem przybiegł. Część drogi przyjechał uwieszony z tyłu dorożki. Woźnica próbował przegnać go uderzeniami bata, ale na szczęście nie mógł się zatrzymać, bo pasażerowie nalegali, by dorożka pędziła co sił. Nie chcieli się spóźnić na pokaz lotów. Jeszcze w życiu nie widzieli aeroplanu. Nikt w Łodzi czegoś takiego nie widział. Balony, owszem, łodzianie już oglądali, ale samolot to co innego. Można się nim podobno unosić pod same chmury, a nawet i pod wiatr latać. Maszynę taką wynaleziono zaledwie kilka lat temu we Francji. Trzeba ją więc zobaczyć. Cała Łódź ściągała od rana na tor wyścigowy w Rudzie Pabianickiej. Pogoda była kiepska, ale przybywały tłumy ludzi żądnych sensacji. Gapie stali nie tylko na aerodromie, ale i na pobliskich pagórkach i z wypiekami na twarzach śledzili, jak Francuz unosi się w powietrze na dwupłatowcu ze skrzydłami obitymi płótnem. Wiwatom nie było końca. Aeroplan kreślący na niebie koła widać było już z daleka. Pasażerowie dorożki aż wstali, by nie uronić nic z widowiska. -Prrr – zawołał dorożkarz na konia i dorożka zatrzymała się. Byli już na miejscu. Wojtek zapatrzył się na samolot i przegapił chwilę, by zeskoczyć i umknąć na czas. Usłyszał świst bata i poczuł na tyłku piekący ból. W ten sposób dorożkarz odpłacił mu za jazdę na gapę. Ale Wojtek nie przejął się ani trochę. Podrapał się w bolące miejsce i dał nura w krzaki, by wzorem innych chłopaków ominąć kasę. Nie miał pieniędzy, by zapłacić za bilet wstępu. Ale chłopaki znali przejście przez lasek, gdzie nikt nie pilnował i można było przemknąć niezauważonym. Samolot właśnie lądował. Na plac wysypał się tłum. Każdy chciał dotknąć maszyny, by sprawdzić, czy nie jest z papieru, czy nie nadmuchana, a może jest zrobiona z gęsiego puchu, skoro wznosi się tak lekko i wysoko aż pod chmury. Ale nie. Z bliska widać było drewno i metal. A jak drewno i metal mogą unosić się w powietrzu i nie spaść? Francuz wraz z pomocnikami odganiali zbyt natrętnych gapiów w obawie, by czegoś nie zepsuli. -Kto chce ze mną lecieć? – spytał. Nikt nie chciał. To znaczy wszyscy chcieli, ale nikt nie miał odwagi. Dopiero jakiś student ocalił honor łodzian wyrażając niepewną ochotę. Dostał skórzaną czapkę zapinaną na sprzączki pod brodą i okulary zasłaniające pół twarzy. Z uwagą obserwowano, jak wchodzi po drabince i sadowi się za pilotem. Samolot wystartował, zrobił koło na niebie i po trzech minutach bezpiecznie wylądował. Dzielny student dostał gromkie brawa. Wszyscy mu teraz zazdrościli, a najbardziej Wojtek. -Ja też chcę, ja też chcę – wołał razem z innymi, ale tym razem Francuz wzbił się w powietrze sam i pokazał, co potrafi jego aeroplan. To były istne akrobacje: beczki, korkociągi, a nawet lot na plecach. W kolejnych lotach mogli uczestniczyć pasażerowie, ale musieli zapłacić. Zdecydował się łódzki fabrykant Franciszek Ramisch. Musiał dać sporo grosza, bo latał po niebie aż 12 minut. Pilot przelatywał tuż nad głowami rozentuzjazmowanych gapiów. Kolejną pasażerką była kobieta, pani Emma Hartwein, artystka teatru Coloseum. Ale rekord przebywania w powietrzu pobił inny fabrykant, pan Stengert, który latał aż 16 minut. Chętnych byłoby więcej, ale skończyła się przywieziona w beczkach benzyna, którą pomocnicy wlewali do baku przed każdym lotem. Francuz kłaniał się, a ludzie bili i bili mu brawo. To, co pokazał, warte było ceny, jaką zapłacili za wstęp. Chociaż byli i tacy, co żałowali, że kupili bilet, bo popisy było podobno widać nawet z centrum miasta. Wojtek swoją cenę zapłacił dopiero po powrocie do domu. Dostał od ojca lanie za to, że zniknął na tak długo. Ale co tam lanie. Dzieciakom z podwórka powiedział, że następnym razem zakradnie się do samolotu i też poleci, ale kto by uwierzył w takie gadanie. Na ten następny raz musiał czekać aż dziewięć lat. W tym czasie Łódź wraz z całym światem przeżywała pierwszą wojnę światową, potem trudne lata odbudowy ze zniszczeń. Franek mało się przejmował wojną i biedą, bo budował w tym czasie samoloty z patyków i kawałków materiału podkradzionych mamie. Najpierw samolociki były małe jak zabawki, a gdy te już latały, jak należy, uznał, że czas na prawdziwy aeroplan. Zbił skrzynkę z drewna, skonstruował skrzydła, a że nie miał w pobliżu wysokiej skały, z której mógłby pofrunąć, wciągnął swoją machinę na drzewo i wystartował z grubego konara. A gdy posiniaczony i poobijany wracał do domu, ludzie wylegli na ulicę i wiwatowali. Jeszcze oszołomiony po nieudanym locie sądził, że te wiwaty są na jego cześć, ale okazało się, że właśnie skończyła się wojna, a Polska odzyskała niepodległość. W wolnej Polsce wszystkie dzieci uzyskały dostęp do wykształcenia, więc choć rodzice Wojtka nie byli bogaci, on również mógł iść do szkoły. Uczył się przykładnie, popołudniami ojcu w warsztacie ojca pomagał, ale o samolotach nie przestał rozmyślać. Nie tylko on pamiętał aeroplan szalonego Francuza. Z inicjatywy miłośników lotnictwa, powstała w Łodzi Liga Obrony Powietrznej Państwa. Zabiegano o utworzenie portu lotniczego, takiego jaki miała Warszawa i kilka inny dużych miast. Starania przyniosły rezultat i we wsi Lublinek pod Łodzią zaczęto budować lotnisko. Była ciepła wrześniowa niedziela 1925 roku, gdy ksiądz Wincenty Tymieniecki dokonał poświęcenia i otwarcia portu lotniczego. Na inauguracyjny lot znów przybyły tysiące łodzian. Wśród nich nie mogło zabraknąć Wojtka. Ale choć marzył, by polecieć, mógł tylko patrzeć na samolot odlatujący do Warszawy. Bilet był dla niego za drogi. Z lotów korzystali bogaci fabrykanci. Ale wśród zwykłych mieszkańców Łodzi rozbudzała się pasja lotnicza. Dzieci składały kawałki papieru w kształt samolocików i puszczały je z okien. Ale Wojtek wyrósł już z takich zabaw. Wstąpił do Aeroklubu Łódzkiego. Miał szczęście, bo właśnie w Łodzi powstał centralny ośrodek szkolenia pilotów prowadzony przez słynnego Franciszka Żwirkę. Ochotnicy uczyli się latać na trzech wysłużonych francuskich samolotach. Wojtek był najlepszym uczniem Franciszka Żwirki. -Panie pilocie, dziura w samolocie – wołały dzieci, gdy przelatywał nad dachami domów. Wojtek nie tylko nauczył się latać, ale został instruktorem pilotażu, a gdy wybuchła druga wojna światowa wystartował z lotniska samolotem sportowym i bombardował Niemców skrzynkami granatów. Dzisiaj dzieci już nie wołają za każdym samolotem: Panie pilocie, dziura w samolocie!, bo pojawiające się raz po raz na niebie maszyny nie są niczym niezwykłym. Łódzki Lublinek to oficjalnie Port Lotniczy im. Władysława Reymonta. Pięknie brzmi, choć ja po cichu nazywam go lotniskiem im. Wojtka Matza. |
| Dla dzieci |
| 365 bajek na dobranoc |
| Korniszonek |
| Dla młodzieży |
| Będę u Klary |
| Muchy w butelce |
| O melba! |
| Stan podgorączkowy |
| Dla dorosłych |
| Coś za coś |
| Opowieść z perłą w tle |
| Bajki dla dorosłych |
| Opowiadania |
| Dobry pies |
| Dzień jak co dzień |
| I takie rzeczy się zdarzają |
| Tunel |
| Wielki Traf |
| Artykuły |
| Moja Łódź - Luwr i okolice |